Felieton

09.11.2014

Wielkomiejskość w małym mieście.

Jestem lokalną patriotką z kilkunastotysięcznej powiatowej metropolii, przebywającą obecnie na emigracji po sąsiedzku. W mieście podchodzących do lądowania wizzairów i eurolotów, zielono-żółtych niskopodłogowych autobusów i łazarskich targowisk czuję się najlepiej. I mimo, że mieszkam w dużym mieście, przestrzennym, gospodarowanym, nie panoszę się i nie zarzucam grypsem wśród znajomych.
‚mam ajpada, rurki w każdym kolorze, oczojebne airmaxy i chodzę na densy. generalnie lubię lans, kawę ze starbucksa i jeżdżę bez biletu’. takie smutne czasy.

Jest mi najzwyczajniej przykro, kiedy odwiedzam moje małe miasto, miejsce urodzenia, zapuszczone korzenie. Miejsce, w którym każdy wie najlepiej, co jest dla ciebie dobre. Miejsce prymitywnej sensacji. Miejsce, gdzie nauczycielom, radnym i przedsiębiorcom przykłada się nóż do gardła.
Gdzie dorobek życia i materialne przyjemności są kwestionowane, bo przecież ‚to na pewno z lewych dochodów’, przekręty i manipulacje.
Gdzie kino funkcjonuje w weekendy, jest prawie puste, a filmy sprzed potopu.
Gdzie nie ma teatru, pływalni, dobrej knajpy z miodowym gryczanym, bo po co ruszać dupy z M3 i płacić dziewiątkę za dobre piwo, jak można uraczyć tłuste brzuchy zacnym sarmackim z obleganego co niedzielę dyskontu spożywczego za niemalże darmo i spędzić wieczór na ‚Ranczo’ z jedynką. Paranoja.

Małe miasto z potencjałem na przede wszystkim kulturę. ‚ale przecież my mamy kulturę! mamy dom kultury!’. No. Owszem. Dom kultury z imponującą ofertą dla mieszkańców, a w niej kółko plastyczne, kółko językowe, kółkokółkokółko. Raz na ruski rok kabaret i koncert. A gdzie warsztaty, gdzie miejsce na sztukę, na rozrywkę na poziomie? Jest miejsce, ale ciemnogrodzka mentalność przyćmiła możliwości.

Jest mi najzwyczajniej przykro, że nie mówi się o sukcesach młodych i starszych.
Że zamiast o działalności podziemnych grup teatralnych działających na własną rękę lub realizowaniu pasji modelarskiej na arenie międzynarodowej mówi się o złamanym krzyżu na cmentarzu albo jedynym w powiecie nowoczesnym szalecie miejskim.
Że woli się mówić o gównie spłukiwanym w ciągu pięciu minut za 2 złote, że piętnastolatka zaszła w ciążę z ćpunem, ‚że Waldka wyjebali z roboty i chleje’, a córka tej z mięsnego wyszła za Araba, olaboga!
Że młoda dała dyrektorowi, dostała pół etatu, a drugie pół już w urzędzie nadrobi, bo w międzyczasie obciągnęła burmistrzowi. Brawo!

Jest mi najzwyczajniej przykro, że spacer w moim mieście ogranicza się do zapętlenia głównej ulicy warszawskiej, od stolicy, wiecie. Mamy ulicę warszawską, wrocławską, kaliską. Jesteśmy partnerami polskich miast tylko na niebieskich tablicach z nazwami ulicy.
Wychodzimy do ludzi budując kolejne supermarkety i wycinając resztki zieleni. Możemy poszczycić się największą ilością dziur na drogach głębokich na kilkanaście cm i największym wynikiem ilorazu inteligencji pod względem ich niełatania.
Szczycimy się pomnikiem patrona odważnych strażaków, który niczym nowojorska statua strzeże porządku w miniparku z kostką brukową w samym centrum powiatowego absurdu miejskiego.

I tylko cholerny żal młodych, którzy w ramach rozwijania osobowości szlifują popękane chodniki codziennie od nowa w tym samym kierunku.
Zdzierają opony odpicowanych we własnym zakresie skuterów z plastiku jeżdżąc po piskach dookoła rynku 2673849 razy.
Dyskutują o odbywających się w soboty ważnych dla nich wydarzeniach- urokliwych przyjęciach na poziomie najprawdopodobniej: ‚stary, tak się nakurwiłem, że o ja pierdolę! a Kosa to chuj. i chuj’.
Którzy przesiąkają piecem do pizzy, siedząc w dwóch istniejących od niepamiętnych już czasów lokalach serwujących cienkie placki z sosem pomidorowym i podwójnym serem, mające przypominać neapolskie aromatyczne pizze.
Którzy stadion wykorzystują do swoich własnych, autorskich, niezależnych celów biorąc pod uwagę, że nie jest on dla nich obiektem sportowym, a idealnym miejscem do spożywania platońskich win i spermy szatana (przy tym nie wypada nie wyłamać ławek dla kibiców piłkarskiej drużyny i nie zdemolować stanowisk gospodarzy i gości).

Jest mi najzwyczajniej przykro, że ksiądz potrafi stwierdzić ot tak jakim człowiekiem jesteś na podstawie obecności (a raczej w moim przypadku nieobecności) w kościele i łączeniu się ze wspólnotą parafialną. Przyjdź do domu pana, a ja powiem ci, kim jesteś, owieczko. Och, jakem ja zbłąkana! Jakem niedobra i niewdzięczna! Jakem potworna i opętana!
Potrzebuję egzorcysty, bo nie uczęszczam na coniedzielne spotkania w domu bożym i nie trzymam się za ręce z sześćdziesięcioletnią Jadwigą, która zapewne tuż przed wejściem na mszę obrobiła z Teresą dupę niejednej Krystynie. Nie łączę się ze wspólnotą, bo wspólnoty nie ma. Kojarzę tylko majątkową.

Jest mi najzwyczajniej przykro, że resztki sentymentu względem mojego małego miasta zanikają. Że nic nie zmienia się od nigdy. Że jest szaro i smutno, oklepanie. Samo się nic nie zrobi. I jedyną nadzieją jest jeszcze ta krucha garstka ludzi z pasją i aktywną chęcią działania na korzyść. Nie swoją, ale ogółu.

tram witsoe

fot. https://www.facebook.com/ErikWitsoePhotography

  • Ciociasamozlo

    Swietne. Prawdziwe. W punkt.