Literatura

06.29.2017

Polskość w betonowej pigułce, czyli Żulczykowe ‚Wzgórze psów’

‘Wzgórze psów’, Jakub Żulczyk, Wydawnictwo Świat Książki 2017

 

‘(…) diabeł się nas boi, Bóg nas nienawidzi’

 

Żulczyk Jakub. Literacki zawadiaka. Nosiciel zakamarków polskich podwórek i zaścianków, manipulant fabularny, scenarzysta smutnych historii z celną pointą za każdym razem, kiedy wydaje mi się, że już gorzej być nie może.

 

‘Wzgórze psów’ jest lustrem każdego miasta w drewnianej oprawie, niemniej niemożliwym jest stwierdzenie, które z nich jest najpiękniejsze w świecie.

 

Żulczyka od lat cytują, przywołują, pakują do wakacyjnej walizki, nienawidzą, kochają, opluwają. Milenialsi budują mu międzypokoleniowe pomniki, a nastolatki robią sobie jakąś krzywdę, inspirowane bolesną pierwszą miłością i tęsknotą za uczuciem silnym jak Punisher.

 

 

Mam z nim odwieczny problem – lubię go czytać w przerwie między reportażem z Syrii a esejem metaforycznie chorym na AIDS, sięgam po Żulczyka wyłącznie wtedy, kiedy nie potrafię sobie poradzić z okrucieństwem wojny w Somalii czy aspołecznym systemem na wyspie Pitcairn, gdzie permanentnie czekają na przypływ królowej. Wykorzystuję jego dosadność między wierszami do wylania własnych frustracji – utożsamiam się z największymi bandytami, diluję przy Placu Zbawiciela lub chłonę patologię w Zyborku.

 

‘Wzgórze psów’ to nie książka przełomowa, wyjątkowa, rewolucyjna. To wielowymiarowe kompendium upadku ludzkich osobowości, prób sklejania rozszarpanej duszy, szukanie brakującego elementu w pudełku z 5.000 puzzli. To takie ‘Zmorojewo’,  swoisty ‘Instytut’, w którym całą dobę grają audycje z ‘Radia Armageddon’, a nocą ślepnie się od świateł.

 

Małomiasteczkowa atmosfera, mordobicia, wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich, spiski, kolaboracje, porwania, hera, wódka i wrzątek. Gdzieś obok silne emocje i serce spuchnięte z bólu niemiłości.

 

Ładnie skomponowana historia, palce zachłannie kartkują opasły tom, a oczy rozszerzają się z każdym rozdziałem coraz bardziej.

 

 

Śmiem twierdzić, że autor szczególnie upodobał sobie przymiotnik ‘rachityczny’, który kilkukrotnie celował w podświadomość czytelnika ze snajperską precyzją i przeszkadzał pośród wulgarnych figur retorycznych, mimo że mizerną celowość tego zabiegu staram się zrozumieć.

 

Spieszcie do księgarskich przybytków i zaopatrujcie się we ‘Wzgórze psów’ koniecznie. Zweryfikujcie swój lokalny patriotyzm i familijną strukturę charakterologiczną. Bardzo warto.