Literatura

07.13.2018

Duchologia po polsku. Ewelina Krupska miesza światy. Poezja medium rare.

To nie jest zwykła recenzja, jeno krytyczna powódź o jednej takiej, co ukradła mi świat.

 

Sierpień 2017. Popołudnia nie były bezkarnie cytrynowe, raczej los, cebula i krokodyle łzy. Aż tu nagle jak nie jebnie, tsunami z prozy poetyckiej i poezji pozbawiło mnie MNIE, krótko po wstrząsach tektonicznych na regale w 8 stopniach skali Richtera.

 

Sama o sobie pisze, że ciągnie ją do tropienia miejsc granicznych i momentów przejścia, bo urodzona w porze późnosierpniowej. Krupska to dzieciństwo i dorastanie paraboliczne, leśne dukty, ścieżki przy torach i osiedla z płyty, co jak okręty wojenne w strefach bezcłowych przedmieścia. Lasy Państwowe powinny wysłać jej proporczyk uznania za społeczną służbę szyszkom, wydrom i grzybom. Nie dość, że jest człowiekiem lasu, to jeszcze uskutecznia sianie sosen i brzóz literacką wędrówką na skraju gęstego boru. Gdzie ciemno to jasno i na odwrót. Wyobraźcie sobie, że rozpisała „Mapę zalesienia” w 2016 roku i do dzisiaj kontynuuje swoje drewniane dzieło, wyrzuciwszy kompas i radioorientacyjnie biegając z powodzeniem przez wersy.

 

ewelina krupska

fot. Kulturalny Karmnik

 

Książkę Krupskiej czytałam na raty w przestrzeni blogowej autorki. Wersję papierową dostałam jakiś czas później, z dedykacją, która została zmieniona po półrocznej znajomości. Od słowa do słowa i zbudowałyśmy dom. Ale zanim, do rzeczy.

__________

Kry na jeziorach i zimne dworce PKS

 

Zwiastun tomu jest brudny – pękają skórki przy paznokciach, brudzą się zimowe rękawiczki, kartki lektur czytanych w tramwajach. Potem jest już trochę lepiej i nie. Mam z „Mapą…” niemały problem, w stylu penerskiego „chodź na solo”, bo doskonale mnie odkryła, a ja tego bardzo nie lubię. Bezceremonialnie, że: „hej, ty, otwórz na dowolnej stronie i przejrzyj się, policz zmarszczki, przecież to ciebie dotyczy, zmarnowałeś sobie życie czy nie?”.

Cztery pory roku, cztery stany duszy pogubionej gdzieś pod balkonem sąsiada i na trzepaku. Dławienie się miętową landrynką, naklejki z gumy Turbo, plakaty z Bravo, gra w zdobyte. Zakrwawione kolana, krucha tożsamość, gorący chleb z masłem, strupy, trupy i duchy, sale gimnastyczne z wychudzonym kozłem i lepkimi materacami, czereśnie i społeczne dożynki z podwórka.

 

mapa zalesienia

fot. Kulturalny Karmnik

 

Pora na fragmenty, które udowodniły, że można spalić wodę na herbatę.

 

NADZIENIE

 

„Nie wiem, który grosz w portfelu jest groszem na szczęście od kobiety przemycającej bardzo wysokie zwłoki do Glasgow”.

 

MAJÓWKA

 

„(…) szukają apteki, młody skaleczył kolano. tędy i tędy, choć nie do końca jesteśmy pewni. w głowie mamy dym, przeterminowaną młodość. oranżadę w nosie”.

 

KOSMICI

 

„(…) obrysują nas jedynie kredą dla lepszego rozpoznania sytuacji”.

 

DEMINUTIVUM

 

„(…) prawdziwe lasy rosną gdzie indziej, na pewno nie tutaj i trzeba to sobie powiedzieć otwarcie. tutaj dzieci karmią wiewiórki, które psują się od ogonów, szarzeją, spadają z drzew sztywne jak sznurkowe kukły i trzeba tę śmierć ubierać w obłe słowa, miękkie metafory. trzeba ją objaśniać, depcząc butem śliwki węgierki, licząc, że chociaż trochę trafia się w punkt”.

 

EJ, MIASTO!

 

„(…) zdejmiemy buty, przypominając sobie, jakie to proste. I że wciąż nie wymknęła nam się z rąk sztuka wiązania sznurówek”.

 

SŁOIK Z LATEM

 

„(…) dzieje się niewiele. Dzieje się faktura twojej sukienki, na którą mam czas, której ściegiem podróżuję od wzgórza do wzgórza”.

 

UPROWADZENIE TRZEPAKÓW

 

„(…) i czy warto czekać co rano, aż z miejsc po siniakach popłynie święta krew. mówię, że w Suwałkach pewnie nie ma nic prócz czterech na minusie. jakie to kuszące i krótkowzroczne, słuszne i zbawienne. ostatecznie pojedziemy donikąd przez Warszawę”.

 

POMIDORY

 

„spacerujemy pod tym blokiem, o którym mówisz mi, że to raczej nie blok pod spacery, że stąd spadają majtki, telewizory i samobójcy”.

 

ASFALT PRZEZ LAS

 

„przez chwilę boję się, że nasz dom budujemy z mokrych zbutwiałych desek i na słowach, które nigdy nie padną. Że powinnam cię nazywać imieniem szałwii, rumianku i innych ziół rosnących na rowach. Póki las się nie kończy, cicho kłamię ci na ucho, jak mało mnie obchodzisz”.

 

LIZOL

 

„prawie robi się widno i nie czuć rakiem ani nawet pospolitym wstrząsem mózgu, po którym rzyga się efektownie do bardzo kolorowych misek”.

 

 

ewelina krupska

fot. Kulturalny Karmnik

 

„Mapa zalesienia” jest migotliwa, poci się na skórzanym ringu w walce z przeszłością, która dzieje się też dziś. To pierwszy poważny stanik, diagram z wartością bycia samej, nawet jeśli z kimś. To wbijanie w wynajmowanym mieszkaniu nielegalnych gwoździ, przez które nie odzyskujesz kaucji. To matki i kochanki, które parzą sobie opuszki palców od metalowych koszyków na szklance z kawą Prima.

 

„Bo i po co przegadywać ciemność?”

 

„Mapa…” ewoluuje. Krupska pracuje dziś nad drugim tomem, który zakrawa o antologię wszystkich zbrodni, które w kolejce po żółty ser popełniają ludzie. Zbrodni, które dzieją się w łóżku, w umowie o dzieło, w kłótniach, w bocianach na wiosnę, kasztanach, miłości i pustce po sobie. Krupska definiuje duchologię wszechświata spod bloku. To rezonans magnetyczny z kontrastem bez skutków ubocznych. Tęsknisz do czegoś? Do kogoś? Bolą cię skronie, bo płoną ci myśli? Spakuj plecak, rozłóż „Mapę…”, nie zabieraj latarki, idź z Krupską do lasu. Pozwalam.

 

mapa zalesienia

fot. Kulturalny Karmnik

 

Porcja bieżących fragmentów, które powstają najczęściej na jeżyckim poddaszu w Poznaniu.

 

PIKNIK Z WIDOKIEM NA WOJNĘ

 

„chodź, wynajmijmy pokój, w którym trzyma się latem butelki z różowym kompotem. w stronę okna będziemy słać delegacje, zresztą możesz nawet nazwać mi dobę od nowa, narysowywać na ciele pojebane rzeczy: współrzędne kiosków i nieczynne numery – jeszcze bez kierunków”.

 

ECHO

 

„kolor żółty zostawmy piosenkom o zazdrości, tutaj jakieś dziecko dopiero co odkryło echo i krzyczy w przestrzeń pustego blokowiska, jeśli to nie jest piękne, nie wiem, co mogłoby być”.

 

NOTES DO BURZ

 

„(…) sobotnie sprzątanie nie pójdzie tak łatwo jak w Mango, nie usunie warstw, nie zbawi twojej matki, ale mimo wszystko tańcz kiedy inni tańczą. i ty dziewczynko z kaskiem różowym jak zdrowa błona – jedź ile sił w nogach. jest prawie tak jak marzyłaś, prawie cię nie widać i nic nie wskazuje na to, że na krzyżówce wpadniesz pod audi”.

 

PIERWSZY WIERSZ, W KTÓRYM BOJĘ SIĘ NAPRAWDĘ

 

„(…) jemy mięso i dym, pozwalamy sobie budować domy, płodzić dzieci, a one dostają najwyższe noty na start. zobacz, wszystko zbudowane jest z gąbek, które się pocą i schną”.

 

MYJNIA

 

„(…) ale z rzeczy jędrnych i miękkich w tej części miasta może nas czekać tylko żółty miś-żelka wypluty na asfalt ze spękanych ust”.

 

DROGI DLA WIATRU

 

„(…) że za trzy dni trzeba będzie jechać, walczyć z życiem albo o życie w zgodzie ze standardami. jezu, serio, nie mam do tego głowy, po prostu się urodziłam”.

 

TOTAKTO

 

„(…) trafiłaś do miejsca, z którego rozchodzą się drogi tanio sypane żwirem. nie zdążysz ugrzać stóp, a już trzeba będzie wychodzić, więc może sobie jedź ten jeden przystanek dalej, na rogatki miasta, do strefy klimatycznej: „lato w miniaturze”, gdzie lasy w miniaturze i miniaturowa miłość do tej, co ma piersi jak leniwe krople miodu”.

 

 

mapa zalesienia

fot. Kulturalny Karmnik

 

W zaktualizowanej dedykacji zielonym długopisem napisała mi tak:

 

„jeśli weszłybyśmy do ogromnego lasu dwoma różnymi duktami i tak spotkałybyśmy się na tej samej słonecznej polanie, by powiedzieć sobie „jesteś”. Tak się musi dziać z ludźmi, których ktoś wymyślił do jednej miłości”.

 

I co ja mogę. Jestem śliwką w kompocie. Gdybym była z Kają Kowalewską albo z Rupi Kaur, która tonie w swoim mleku i miodzie, to podsuwałabym im Krupską do poduszki. Tak na wszelki wypadek. Może zrozumiałyby, że z ludzi nie można robić idiotów, aplikując motylki, różyczki i biedronki w ramach wielkiej poezji. Że poezja ma mdlić, wkurwiać, wyrywać włosy, nabijać siniaki i zdrapywać stare rany, żeby nowych już nigdy nie było.

 

ewelina krupska

fot. Kulturalny Karmnik

Mit dzieciństwa, pogłos lęków

 

Krupska jest czerwonym i błyszczącym jabłkiem, trochę jednak kwaśnym. Na korzyść. Bawi się dojrzałością jak lalką bez oka. Cwany lis poezji, można ją znienawidzić za celność, za „trafił” w każdym „chybił” i wersy jak szpilki.

 

Teksty Krupskiej są gęstą fascynacją niedoskonałością. Turbulencje skojarzeń, konteksty, poetycka przestrzeń internowana. Proszę dać się porwać i zweryfikować swoje „być”. Nie odpowiadam za skutki tej rekomendacji. Może boleć, ale może też nie. Różnie.